Dzień 1

​Wyspy Owcze marzyły mi się od wielu lat – marzyło mi się by zobaczyć zjawiskowe klify już w 2020 roku jednak pandemia zweryfikowała moje plany.
6 lat później zaopatrzona w bilety linii SAS kupione okazyjnie na Black Friday wyruszyłam z mężem na wyspy w maju 2026 roku,
licząc przede wszystkim na zobaczenie słynnych puffinów. Do Vagar Airport rozpoczęliśmy trasę w Gdańsku z przesiadką w Kopenhadze.
Na przesiadkę mieliśmy 4 godziny więc postanowiliśmy pojechać do miasta zamiast czekać na lotnisku.
Do zakupu biletów na kopenhaską komunikację polecam aplikacje Rejsebillet.
W przeciągu 20 minut znaleźliśmy się w centrum miasta. Ubrani byliśmy na zimną farerską pogodą, a ku naszemu zaskoczeniu Dania
przywitała nas słońcem przez co mocno się zgrzaliśmy. Przespacerowaliśmy się przy słynnym Nyhavn
(który do złudzenia przypomina Gdańsk), zwiedziliśmy park zamku Rosenborg  i pobliski ogród botaniczny po czym wróciliśmy na lotnisko.



Lot z Kopenhagi już bezpośrednio na Faroje trwał około 2 h. Był to najbardziej ekstremalny lot w moim życiu obfitujący w liczne turbulencje,
zwłaszcza już na ostatnim odcinku lotu. Gdy chwilę później spotkaliśmy się z naszym hostem z AirBnB – Sofinnurem – pierwsze pytanie które nam zadał brzmiało
czy ktoś krzyczał podczas lotu.. co z pewnością świadczy, że zdarza się to nagminnie.
Wyspy Owcze powitały nas deszczową aurą i zimnem.

Od razu po zostawieniu rzeczy w apartamencie z Midvagur (Ingi’s Guesthouse który gorąco polecam), wsiedliśmy w wypożyczone od hosta auto i udaliśmy się zobaczyć najsłynniejszy punkt wysp Owczych czyli wodospad Gasadalur. Można było go zobaczyć już z pokładu samolotu,
jednak z dołu zrobił na nas największe wrażenie. Jest to najbardziej pocztówkowy widok z Wysp jak i również pierwsze spotkanie z owcami.
Faroje nie bez przyczyny noszą nazwę Wysp Owczych – spotkać je można na każdym kroku. Polecam podróż w maju ponieważ wtedy rodzą się
małe owieczki co tylko dodaje uroku, można obserwować mamy owce fikającymi młodymi.

Prowadząc auto trzeba zachować szczególną ostrożność ponieważ owce zazwyczaj stoją przy drodze i potrafią wyskoczyć pod koła.
Należy wtedy każdorazowo takie zdarzenie zgłosić na policję ponieważ każda owca do kogoś należy i
trzeba powiadomić właściciela owcy o wypadku.

Do Gasadalur dotarliśmy przed zachodem słońca, nie było już żadnych turystów o tej porze.
Żeby do niego dotrzeć należy przejechać wybudowanym w 2004 roku tunelem. Przed tym rokiem możliwe było dojście do tej wioski wyłącznie pieszo.
Szlak nosi po dziś dzień nazwę “postman trail” ponieważ regularnie chodził nim listonosz. Szlak w obie strony według różnych źródeł zajmuje 5-6 godzin.
Ze względu na silny wiatr nie zdecydowaliśmy się na niego ponieważ wiedzie on wzdłuż klifu granicząc z przepaścią.
Po nacieszeniu oka wodospadem warto przejść się do miasteczka przez mostek. Znajduje się tam skrzynka z domowymi dżemami z rabarbaru i ziołami działająca na zasadzie “honesty box”. Zakupiliśmy w niej dżem zostawiając gotówkę.

Wracając zahaczyliśmy o maleńską wioseczkę Bour. Zwróccie uwagę że google maps źle prowadzi, wjazd jest tylko
z jednej strony a wyjazd z drugiej (ruch w Bour jest jednokierunkowy). Na sam koniec udaliśmy się na krótki szlak na Palec Wiedźmy (Trøllkonufingur).
Czas dojścia z parkingu zajmuje około 20 minut. Zerwał się jednak silny wiatr więc dużo czasu tam nie zabawiliśmy.
Według naszego hosta na Gasadalurze wieczorem poprzedni turyści widzieli puffiny. Nam się jednak nie poszczęściło.

Palec Wiedźmy

Dzień 2

Kolejny dzień przywitał nas słońcem. Postanowiliśmy udać się na jedną z najdalej wysuniętych wysp czyli Vidoy, by zdobyć zdobyć Cape Enninberg.
Przemieszczając się z zachodu wyspy na wschód należy uważać na płatny tunel koło Torshavn (Eysturoyartunnilin).
Przejazd w jedną stronę kosztuje około 100 zł. Zamiast tego należy skierować się do Oyrarbakki gdzie przejazd jest bezpłatny.

Warto przed wynajęciem auta spytać się w wypożyczalni o koszty tuneli ponieważ może się okazać że same opłaty wyjdą nas drożej niż koszt wypożyczenia auta.
Nasz host na szczęście pokrył sam większość tuneli i nie musieliśmy nic dopłacać, warto się o to dopytać przed decyzją o aucie.

Po 1.5h dojechaliśmy Na Vidoy gdzie na miejscu okazało się, że słońca nie ma, za to zacinający deszcz.
Mimo to postanowiliśmy podjąć się wyzwania wspinaczki. Na wejściu na szlak stoi bramka z honesty box, płatne 200 dkk za osobę gotówką. Bramki nikt nie pilnował.

Od początku szlak wiedzie bardzo stromo pod górę bez żadnych wypłaszczeń. Niestety z minuty na minutę pogoda się pogarszała,
zacinał coraz mocniejszy deszcz a w pewnym momencie weszliśmy w chmurę i widoczność zrobiła się zerowa. Po około 2h wspinaczki
musieliśmy zrezygnować i zejść na parking. Cape Enninberg pozostał przez nas niezdobyty.

​

Dzień 3

Następny dzień przywitał nas śniegiem na szczytach gór.

Nie mogliśmy się już doczekać, aby zobaczyć maskonury. W internecie wyczytałam, że często można je dostrzec na wyspie Nolsoy.
Promy w maju pływały dość rzadko i okazało się, że nasza jedyna opcja to 7:45 rano. Prom odpływał z Torshavn, niedaleko portu znaleźliśmy darmowy parking.
Należy zwrócić uwagę żeby ustawić w aucie zegar (powinien być przyklejony do okna) o której godzinie rozpoczęliśmy parkowanie.

UWAGA: Jeśli parking jest czynny w godzinach 9-22 a chcecie skorzystać z niego już o godzinie 7 rano to należy na zegarze ustawić 9! Jeśli ustawicie 7 to może się to skończyć mandatem.

Na promie byliśmy jednymi z ledwie kilku ludzi. Udało się nam dostrzec dziką fokę w morzu.
Po około 30 minutach zeszliśmy w malutkiej i jedynej wiosce na wyspie Nolsoy. Nie warto wybierać się tam autem ponieważ na wyspie znajduje
się tylko jedna krótka droga asfaltowa. Po wyspie należy przemieszczać się pieszo.

Udaliśmy się na północ wyspy, żeby obejść charakterystyczny cypel naokoło, bo podobno na tamtejszych klifach znajdują się gniazda puffinów.
Faktycznie pełno było wbitych w ziemię znaków ostrzegających, aby nie straszyć ptaków. Po obejściu cypla wzdłuż i wszerz nie znaleźliśmy niestety tych przepięknych ptaków.
Widoki jednak zrekompensowały trekking.
Jak się łatwo domyśleć wiało przeokrutnie podczas całego dnia. O godzinie 13 wsiedliśmy na prom powrotny. Tym razem wylała się z niego rzeka ludzi, wyglądających jakby szli na pogrzeb.

Widok z okna promu na wyspę Nolsoy
Jedyne maskonury dostrzeżone na Nolsoy

W Torshavn czyli stolicy Wysp Owczych udaliśmy się na obiad do Burger Kinga (jedyne miejsce na nasze portfele) i po zakup pamiątek. Trzeba przyznać, że znaleźliśmy tylko ze 2 małe lokalne sklepiki z pamiątkami, nie uświadczymy tutaj zalewu chińskiej tandety jak to jest w większości innych krajów.

Dzień był jeszcze młody dlatego postanowiliśmy udać na szlak z Torshavn do Kirkjubøur. Jest to najbardziej wysunięta na południe wioska wyspy Stremoy. Początkowo stromy szlak, po krótkiej chwili się wypłaszcza. Sprawdzając wcześniej informacje w internecie przeczytaliśmy że szlak powinien nam zająć 2-3h. Byliśmy pewni że chodziło o czas w obie strony. Gdy po ponad godzinie wędrówki spojrzeliśmy na mapę i okazało się że nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi, zawróciliśmy żeby nie ryzykować drogi powrotnej po ciemku. Zeszliśmy na parking i udaliśmy się do wioski autem. Na miejscu znajduje się darmowy parking.

Kirkjubøur okazało się przepięknie położonym u zboczu gór miasteczkiem bez żywej duszy. Oglądać można tutaj tradycyjne drewniane domy pokryte trawą i słynną, acz nigdy nie dokończoną katedrę Magnusa. W maju 2026 zwiedzać to urokliwe miasteczko można było za darmo. Chodzą jednak słuchy, że ma zostać wprowadzona opłata za możliwość wstępu do miasteczka. 

Na terenie małego cmentarza radośnie hasały owce. Wybiegły nam również na ulicę, gdy dopiero dojeżdzaliśmy do wioski. Mama z młodymi wyszła na ulicę i nie chciała zejść z drogi.

Wracając do noclegu w Midvagur wybraliśmy polecaną nam przez hosta “trasę widokową”. Wiedzie ona przez zachód wyspy Stremoy przez wysokie góry (w porównaniu z drugą “zwykłą” drogą bardziej po wschodniej stronie wyspy). Polecam się nią choć raz przejechać, widoki były naprawdę niezapomniane, a szczyty gór okalał śnieg.

Wieczorem ponownie udaliśmy się pod wodospad Gasadalur celem znalezienia puffinów jednak kolejny dzień nie mieliśmy szczęścia.

Katedra Magnusa
Powrót trasą widokową

Dzień 4

Nadeszła wiekopomna chwila – rejs na Mykines! Najbardziej na zachód wysunięta wyspa Wysp owczych i dom dla kilku tysięcy maskonurów.
Zwierzęta te spędzają większą część roku na morzu, a na ląd wychodzą jedynie latem. Każdego lata wracają do tej samej kolonii, w której się urodził.
Są bardzo wierne swoim miejscom lęgowym i rok po roku rozpoznają dokładnie to samo miejsce. Miejscowi mówili nam jednak, że wraz z coraz większym
ruchem turystycznym na Wyspach – maskonury z roku na rok zaczęły pojawiać się w coraz mniejszej ilości. Hałas, śmieci i turyści depczący ich gniazda musiały
wywrzeć w końcu wpływ.
Dlatego od paru lat poruszanie się po Mykines samodzielnie jest całkowicie zabronione, należy wykupić usługę przewodnika na stronie hiking.fo za 53 euro.

Należy być też świadomym, że ze względu na częste załamania pogody – połączenie promowe bywa często odwoływane.
Nam się przyfarciło, ale jakieś 2 dni później zerwała się wichura i już wszystko zostało odwołane. Pół biedy jeśli odwołają prom Sorvagur-Mykines,
gorzej jeśli ktoś utknie na wyspie bez możliwości powrotu. Podobno bywa i tak, że utknąć można i na parę dni.
Jednak według przewodnika nikt nie zostanie bez dachu nad głową.

Jak dotrzeć na Mykines? Z portu w Sorvagur odpływa mały stateczek na który bilety należy zakupić na stronie ssl.fo.
Jednostka jest bardzo mała, bardzo na niej buja. Jeśli ktoś cierpi na chorobę morską, polecam zażyć leki przed wejściem na pokład.
Podczas rejsu wyszliśmy na pokład szukać maskonurów przez lornetkę. Przez moment wydawało nam się że coś widzimy, ale czy był to puffin
czy zwykła mewa tego się nie dowiemy.
Po około 45 minutach docieramy na wyspę ptaków.

Tego dnia obłożenie statku było pełne, rzeka ludzi wylała się na malutki pomościk i powędrowała schodami do góry.
Przywitało nas mała urocza wioska z dachami pokrytymi trawą. Mój mąż przystanął na chwilę, aby zawiązać buty i przegapiliśmy moment jak wszyscy się rozeszli.
Zabrakło znaków kierujących gdzie powinniśmy się teraz udać. Spotkaliśmy mnóstwo osób pytających się wzajemnie co teraz.
Podobno na początku stała jakaś kierująca pani ale pokierowała tylko czoło grupy a potem znikła.
Ostatecznie znalazł się pracownik i pokierował nas do domku z zapisami na wycieczkę gdzie część grupy już czekała.

Podzielili nas na kilku przewodników. Nam trafił się starszy Farer opowiadający przeróżne ciekawostki o wyspie. Podobno na chwilę obecną mieszka tam tylko 8 osób na stałe!

Gdy zaczęliśmy piąć się w górę zerwał się wiatr i śnieg z deszczem, który będzie towarzyszyć nam przez cały pobyt na Mykines.
Niestety pierwsze słowa przewodnika zdruzgotały mnie do reszty – w tym roku nie ma puffinów!
Wyjątkowo zimna wiosna spowodowała, że ptaki jeszcze nie osiedliły się w swoich norach
(zamiast typowych gniazd, maskonury kopią nory zboczach klifów) i spędzają większość dnia na morzu.
Normalnie co roku w maju można było obserwować te ptaki bez większych problemów, jednak ten rok był wyjątkowy.
Niestety potwierdziło to tylko słowa naszego hosta Sofinnura, w które jednak do tej pory nie chciałam wierzyć i usilnie wypierałam z umysłu.

Wspinając się na szczyt wyspy dostrzegliśmy małą zagubioną owieczkę płaczącą za mamą, która ewidentnie została po drugiej stronie płotu. Nasz pan przewodnik próbował jej pomóc ale w jaki sposób przedostała się przez płot? Nie sposób było znaleźć żadnej dziury a ostatecznie odbiegła gdzieś w bok. Na szczęście nie została zostawiona sama sobie, później przewodnik miał wrócić po nią z mieszkańcami.

Po wdrapaniu się na klif, dostrzec można było pełno “gniazd” maskonurów, jednak ani jednego ptaka. W zacinającym śniegu rozpoczęliśmy wędrówkę wzdłuż klifu, aż do punktu widokowego przed latarnią morską. Kiedyś można było podejść do samej latarni, jednak droga prowadząca do niej się zapadła.
Był to ostatni punkt naszej wycieczki, totalnie załamana miałam się już odwracać, gdy przewodnik spytał się czy może użyć naszej lornetki. Byliśmy jedynymi osobami w grupie ją posiadającymi.

“Tam na wodzie są puffiny!”. Nie wierzyłam uszom. Okazało się, że daleko na horyzoncie można było je dostrzec. Po chwili zerwały się do lotu i mogliśmy obserwować jak latają wysoko nad nami. Ciężko było podążać za nimi lornetką i zrobić zdjęcie jednak pierwsze puffiny w życiu zobaczone!

Zaczęliśmy schodzić z powrotem do miasteczka. Zostaliśmy na końcu grupy, licząc na jeszcze parę chwil z maskonurami i nagle 4 ptaki usiadły na skraju klifu. Puffiny! Odległość była daleka, zdjęcie nie jest dobrej jakości, ale to najlepsze co udało się uchwycić. Na pewno nie jest to ostatnia próba obserwacji tych ptaków.

Po zejściu do wsi i pochwaleniu się przewodnikowi o dostrzeżeniu 4 maskonurów na trawie, weszliśmy do malutkiej kawiarni, jedynej na Mykines.
Byliśmy okropnie przemoczeni i zmarźnięci więc jej wnętrze powitaliśmy z utęsknieniem. Można tam zjeść zupę rybną, przepyszne ciasta i wypić gorącą czekoladę. Polecam.

Na koniec pospacerowaliśmy napawając się ślicznymi domkami i poszliśmy obejrzeć lądowisko dla helikopterów.
Nie wspomniałam wcześniej, że na wyspę można też udać się helikopterem jednak wprowadzone zostały liczne obostrzenia
takie jak pierwszeństwo dla tubylców dlatego nie wydaje mi się to pewny środek transportu, nie wiadomo czy zostaniemy wpuszczeni do helikoptera.

Przed zejściem z powrotem na pomost, stało tym razem agresywne stado gęsi, które musieliśmy ominąć szerokim łukiem.

​​Po powrocie do Midvagur, zapadliśmy w drzemkę. Mieliśmy w planach jednak dziś słynny szlak na tak zwany infinity lake.
Jako że szlak rusza z Midvagur, udaliśmy się tam piechotą. Sprawa wygląda tak że szlak jest płatny, 200 dkk na osobę jednak w internecie przeczytałam,
że tylko w godzinach otwarcia coffee shopu. Oficjalnie wg strony otwarty jest w godzinach 7-22. My dotarliśmy do niego w okolicy godziny 20,
z duszą na ramieniu licząc na to że na początku maja nikogo tak długo tam nie będzie. Mieliśmy rację, był pusty! Zaoszczędziwszy 400 koron, udaliśmy się na szlak.

Szlak nad jezioro Sørvágsvatn zajął nam 3 godziny w obie strony (7km). Przez większość czasu idzie się po płaskim po dość sporej ilości błota.
Słońce już zachodziło, spotkaliśmy ledwie parę osób na szlaku. Udało się nawet dostrzec zająca! Około 23 byliśmy z powrotem w noclegu.

Dzień 5

​

Tego dnia zaplanowałam objazd po malowniczych miasteczkach reklamowanych jako must-see na Farojach.
Najpierw zajechaliśmy do Saksun na wyspie Stremoy słynącego z laguny i czarnej plaży. Droga do Saksun jest bardzo wąska, polecam wybrać się z rana, aby nie musieć mijać się z wieloma innymi autami jadącymi z naprzeciwka.
W samej osadzie znajdują się liczne domki z dachami porośniętymi trawą jednak wstęp do wioski jest płatny.
Zajechaliśmy tam bardzo wcześnie rano, w kasie nie było nawet jeszcze nikogo sprzedającego bilety. W internecie dowiedziałam się że kiedyś przed napływem turystów,
zwiedzanie wsi było bezpłatne. Za darmo można jedynie podejść do małego białego kościółka.

Przez Saksun wiodą 2 drogi rozdzielone rzeką. Okazało się że zejście na plażę znajduje się oczywiście po drugiej stronie niż gdzie zaparkowaliśmy (patrząc na mapę byliśmy po stronie Heritage Farm) i musieliśmy cofnąć się do początku drogi i wjechać w drugą odnogę.

Pisząc o Saksun nie sposób nie wspomnieć o słynnej historii wściekłego farmera. Otóż tuż przy zejściu na plażę stoi samotny farerski dom,
w którym od pokoleń mieszka rodzina farmera. Wraz z napływem turystów zaczęły go denerwować liczne tłumy przechodzące mu codziennie pod oknem (ścieżka wiodąca na plażę jest na tyle wąska, że nie sposób nie przejść pod oknami). Podobno byli bardziej śmieli turyści, którzy nawet zaglądali bez skrępowania prosto w okno i robili zdjęcia.
Skończyło się tym, że rzekomy farmer zaczął przeganiać turystów widłami, wygrażając,
że nie jest to Disneyland. Co jak co, ale trochę racji miał.
Doszło do tego, że postawił bramkę przed wejściem na plażę i pobierał opłaty za wstęp w wysokości 50 DKK.
Bramka została na szczęście już zdemontowana, z tego co czytałam
nie została postawiona legalnie.
Po lagunie prowadzi 2 km ścieżka spacerowa, jako że przyjechaliśmy wcześnie rano to byliśmy jedynymi ludźmi. Miejsce
to wywarło na mnie ogromne wrażenie kompletną ciszą i bijącym z niego spokojem.

Następnie udaliśmy się zobaczyć największy wodospad na Wyspach Owczych – 140 metrów wysokości.
Nie zrobił on na nas jednak piorunującego wrażenia, chyba ze względu na to, że widzieliśmy o wiele większe wodospady na Islandii.

Na miejscu nie ma parkingu, trzeba liczyć na to, że przy drodze będzie wolne miejsce, aby przystanąć.
Spotkaliśmy przy wodospadzie grupę trzech Azjatów, których jak jeszcze nie wiedzieliśmy, będziemy spotykać wielokrotnie na Wyspach.

Kawałek dalej jadąc na północ, zatrzymaliśmy się w wiosce Haldorsvik ponieważ wypatrzyłam na mapie, że znajduje się tam kolejny wodospad.
Mniej znany, na mapach ma zaledwie kilka opinii. Mimo to zrobił na mnie większe wrażenie, chyba dlatego, że znajdował się w zaciszu,
w porównaniu do poprzedniego znajdującego się tuż przy głównej drodze.

Na koniec dnia dojechaliśmy do najbardziej wysuniętej na północ osady wyspy Stremoy – Tjornuvik.
Malutkie, zapomniane przez Boga miasteczko przywitało nas deszczem i wiatrem. Położone jest w zagłębieniu fjordu,
zejść do niego można również wybierając się dość długim szlakiem prowadzącym z Saksun.

Na miejscu znajduje się mała czarna plaża z wylegującymi się na niej owcami i kilkanaście porośniętym mchem domków.
Z boku wioski znaleźć też można groby wikingów. Z plaży można dostrzec wystające formacje skalne z morza – są to kolejne “palce wiedźmy” (Risin og Kellingin).
Miasteczko określane jako must-see i faktycznie się zgadzam, warto tu przyjechać, aby poczuć atmosferę “końca świata”.

Dzień 6

Ten dzień mogę śmiało nazwać jednym z najbardziej udanych podczas tej wycieczki,
mimo że z rana się kompletnie nie zapowiadał. Od samego początku lał rzęsisty deszcz, mimo to postanowiliśmy
wyruszyć do wioski Eidi na wyspie Eysturoy, która słynnie z boiska piłkarskiego otoczonego
z każdej strony wodami oceanu. Zaparkowaliśmy auto na samej górze wsi, nieopodal początku szlaku
na Eidskollur. Już po paru minutach po naszej prawej pokazał się widok na boisko. Tak naprawdę to na 2 boiska.
Jedno, to bardziej widowiskowe, służy dziś za zwykły camping. Drugi, większy znajduje się w centrum Eidi.

Deszcz niestety zacinał coraz mocniej, jednak nie chcieliśmy tym razem zawracać jak na Cape Enninberg.
Trasa na początku wiedzie całkiem po płaskim podmokłym terenie, by następnie poprowadzić nas stromo pod górę. Własnie w tym momencie spotkaliśmy ponownie tych samych trzech Azjatów.

Poza nimi na szlaku nie było żywej duszy. Po drodze na klif mija się 2 schrony do których można zajrzeć do środka.
Po lewej stronie od szlaku zaczyna też być widoczna wioska Tjornuvik, którą odwiedziliśmy dzień wcześniej.
Na szczycie widoki są przepiękne, był to zdecydowanie mój ulubiony hiking na Owczych i kompletnie nie rozumiem czemu nie jest bardziej popularny.
Myślę, że to kwestia czasu, aż ktoś go odkryje, wrzuci na social media i stanie się równie popularny
jak Cape Enninberg.
Na szczycie byliśmy kompletnie sami, dostrzec można było palce wiedźmy, które dzień wcześniej widzieliśmy z sąsiedniej wyspy.

Na szczycie również nareszcie się wypogodziło i do końca dnia towarzyszyło nam piękne słońce.
Był to nasz najlepszy pod kątem pogody dzień na Wyspach.

Z Eidi udaliśmy się wąską, krętą drogą do Gjogv. Jest to kolejna bardzo znana wioska, ciesząca się ogromną popularnością wśród turystów.
Atrakcją są tutaj klify, na których podobno można zobaczyć puffiny.
W miasteczku był ogromny problem z parkowaniem, niedaleko wejścia na klify znajdowało się raptem kilka miejsc parkingowych.
Po kilku kółkach, ostatecznie zaparkowaliśmy na obrzeżach na polu.
Gjogv to miejsce, gdzie po raz pierwszy zetknęliśmy się z aż taką liczbą turystów na Wyspach.
Do tej pory wszędzie było bardzo kameralnie, tutaj jednak dało się zauważyć autokarowe wycieczki.

Aby wspiąć się na klif, należy uiścić opłatę 50 dkk w skrzynce wiszącej przy bramce. Nikt tam jednak nie stał
i nie pilnować czy faktycznie się wrzuca. Po dość stromym krótkim hikingu, dotarliśmy na szczyt. Warto dojść
na sam koniec klifu, większość turystów zatrzymuje się szybciej.
Puffinów nie zastaliśmy, ale widoki jak zawsze nie zawiodły.

Po zejściu z powrotem do miasteczka ponownie spotkaliśmy tych samych Azjatów! Wyspy owcze są naprawdę małe.
Usiedliśmy na ławce, żeby jeszcze popatrzeć na klify i mój mąż zaczął bawić się lornetką. Nagle wykrzyknął że zobaczył puffina! Podobno na chwilę wyszedł z dziury.
Mi się niestety nic nie udało zobaczyć, pozostaje wierzyć na słowo, że nie były to omamy wzrokowe.

Ostatnim punktem była króciótka pętla Hvithammar.

Dzień 7

Dzień z najgorszą pogodą podczas całej naszej wycieczki. Nie było dnia żeby na Wyspach nie padało, ale ten dzień przebił wszystko,
zacinający deszcz i wiatr zniechęcał do wyjścia z domu. Postanowiliśmy jednak udać się na pobliski szlak – jezioro Fjallavatn.
Szlak wiedzie po płaskim, w otoczeniu owiec. Pogoda niestety z minuty na minutę się pogarszała, więc zmuszeni
byliśmy zawrócić zanim dotarliśmy nad jezioro.
Dodam może przy okazji, że przewidywanie pogody na Owczych to istny koszmar. Korzystaliśmy ze strony yr.no ponieważ
uchodzi za dobrą stronę i kilka osób ją polecało, jednak nawet ona nie dawała rady na zmienną wyspiarską pogodę.
Jeśli gdzieś pokazywało, że ma nie padać to padało. Jeśli miało padać, to zdarzało się że wychodzilo słońce.
Myślę że pogoda tutaj jest tak zmienna, że żadna prognoza nie da rady.

Jako, że był to nasz przedostatni dzień na Wyspach, podjęliśmy ostatnią próbę zobaczenia puffinów na Gasadalurze.
Nasz host Sofinnur powiedział, że poprzednim gościom udało się je tam dostrzec, dlatego trzymaliśmy się tej nadziei jako ostatniej deski ratunku zobaczenia tych przepięknych ptaków z bliska.
Niestety ponownie się nie udało (najwidoczniej dalej było za zimno), ale mieliśmy przynajmniej okazję pożegnać się z
przepięknym i najbardziej ikonicznym wodospadem.

Dzień 8

Nadszedł nasz ostatni dzień na tym niezwykłym archipelagu. Dzień powitał nas piękną tęczą widoczną z naszego okna.

Pojechaliśmy do Klaksvik – czyli drugiego co do wielkości miasta archipelagu Wysp Owczych.
Nad miastem góruje Klakkur mający 415 metrów wysokości.
Można podjechać autem praktycznie pod samo wejście na szlak, którego przejście zajmuje około 2h.
Ścieżka idzie bardzo stromo, po tylu dniach codziennego hikingu, wspominam ten konkretny dość ciężko,
ledwo powłóczyłam nogami na szczyt. Jednak oczywiście widoki nie zawiodły, polecam ten szlak gorąco bo
mimo wszystko jest dość krótki a widoki są zniewalające. Jest on jednak dość popularny, parking był pełen, na szlaku cały czas się kogoś mijało.

Patrząc z perspektywy czasu mój związek z Wyspami Owczymi był trudny. Sprawdzanie co godzinę prognozy pogody,
które nigdy się nie sprawdzały, codzienne deszcze i wiatry, zbyt niska temperatura, która nie pozwoliła zobaczyć z bliska puffinów..
Mimo wszystko był to jeden z najpiękniejszych krajów jakie zwiedziłam i zaraz obok Islandii i Norwegii został moim ulubionym.
Wszystkim ludziom spragnionych przepięknych widoków, gór, klifów, wodospadów – gorąco polecam.